Ciągle Głodna. Co się ze mną dzieje. Czy zwariowałam?

Ciągle głodna Co się ze mną dzieje Czy zwariowałam

Ciągle głodna? Głodna w ciągu dnia, głodna po zbilansowanych posiłkach… Co się dzieje? Czy zwariowałam?

Przypominają mi się początki mojego wychodzenia z zaburzeń odżywiania i zaklętego kręgu niekończącej się diety. Kiedy postanowiłam, że kończę z dietami, nauczę się jeść normalnie i zbuduję nowe życie, którego centrum nie stanowi moja waga, rozmiar ubrań ani to, co jem… przeżyłam szok. Rzuciłam się na jedzenie.

Nie mogłam przestać o nim myśleć. Czułam się, jakbym przez bardzo długi czas wstrzymywała oddech pod wodą, a gdy już wypłynęłam na powierzchnię – łapczywie łapałam powietrze. Byłam przerażona, nie wiedząc, co się dzieje.

Przez pierwszy rok wydawało mi się, że jestem cały czas głodna. W drugim roku, choć głód minął, nadal czułam potrzebę jedzenia na zapas. Po dwóch latach to się uspokoiło. Nie minęło samo – po prostu wtedy zaczęłam się uczyć, jak to wyciszyć. Nie mówiąc już o kolejnych czterech latach budowania zaufania do ciała i jedzenia. Długi proces – zdaję sobie z tego sprawę. Ale…

Dziś wiem, że to nie musiało trwać aż tak długo. Mogłam pozbierać się w kilka miesięcy. Dziś moje klientki w rok osiągają to, do czego ja dochodziłam przez pięć lat. A w półtora roku są tam, gdzie ja byłam po siedmiu. Są też osoby, które potrzebują tylko kilku miesięcy, i takie, którym dojście do względnej normalności zajmie więcej czasu – np. osoby z ADHD, borderline, depresją atypową.

Wszystkie moje doświadczenia z tego pierwszego, najtrudniejszego i najbardziej frustrującego okresu po dietach pokrywają się z doświadczeniami uczestników popularnego eksperymentu głodowego z Minnesoty, prowadzonego przez Ancela Keysa.
Mój przypadek jest skrajny – bo to nie jest doświadczenie każdej osoby na diecie. Podejrzewam, że istnieją diety sensowne i bezpieczne – ja ich jednak nie doświadczyłam. Ale mój przypadek nie jest też odosobniony. Na co dzień poznaję wiele kobiet na tak zwanej wiecznej diecie, doświadczających tego samego co ja – i tak samo zagubionych.

O co chodziło w eksperymencie i na czym polegał?

W czasie II wojny światowej grupa 32 zdrowych, silnych psychicznie mężczyzn wzięła udział w eksperymencie, który miał pomóc w rehabilitacji ofiar wojny. Chciano zbadać wpływ głodu na człowieka – i przygotować się na odżywienie ludzi po wojnie.

Wszystko, co się wtedy wydarzyło… przypomina dokładnie to, co dzieje się z nami NA DIECIE i PO DIECIE – tej długiej i restrykcyjnej.

Przez pierwsze trzy miesiące eksperymentu uczestnicy mieli pełną swobodę jedzenia. Jedli, ile chcieli. Byli dobrze odżywieni.

Potem przez sześć miesięcy kaloryczność ich posiłków zmniejszono niemal o połowę – do około 1800 kcal. Jakie były tego efekty? Dokładnie takie, jak nasze doświadczenia w trakcie intensywnego odchudzania, tuż po nim i w przyszłości – w ramach długotrwałych skutków ubocznych. Uczestnicy nie mogli przestać myśleć o jedzeniu – i to utrzymywało się długo po zakończeniu eksperymentu. Niektórzy nigdy nie wrócili do całkowitej normalności.

W trakcie eksperymentu mężczyźni obsesyjnie rozmawiali o posiłkach. Zbierali przepisy. Oglądali książki kucharskie dla przyjemności. Kilku z nich DOŚWIADCZYŁO BULIMII. Jeden nawet poważnie się okaleczył, licząc na zwolnienie z eksperymentu. Posiłki spożywali inaczej niż wcześniej:

– Jedni pożerali wszystko w kilka minut.
– Inni siedzieli nad talerzem godzinami, bawiąc się jedzeniem.
– Niektórzy maczali suchary w wodzie, żeby zwiększyć objętość.
– Byli też tacy, którzy objadali się potajemnie.

Jeden z mężczyzn zjadł kilka deserów lodowych i mleko w proszku, a później ukradł cukierki. Jeszcze inny po kryjomu ćwiczył, żeby dostać większą porcję jedzenia.

Poza ekstremalnymi zachowaniami żywieniowymi, uczestnicy zmienili się też emocjonalnie. Byli drażliwi, impulsywni, przygaszeni. Unikali kontaktów towarzyskich. Doświadczali lęku, objawów depresji, apatii, wybuchów złości, chwiejnych nastrojów.

Najciekawsze jest to, co wydarzyło się później – a co dziś często nazywa się słabym charakterem lub brakiem silnej woli.
Kiedy po pół roku pozwolono im znów jeść do woli… nie mogli przestać. Ataki głodu stały się intensywniejsze i niemożliwe do zaspokojenia. Jakby po długim czasie tłumienia potrzeby – potrzeba obudziła się ze zdwojoną albo i potrójną siłą. Ich ciała nie przystosowały apetytu do nowej wagi. Apetyt się rozszalał, do tego stopnia, że w weekendy organizowali „uczty”, jedząc po 8000–10000 kcal. Część z nich przyznała, że bali się, że jedzenie znów zniknie.

Brzmi znajomo?

Większości z nich zajęło pięć miesięcy, by wrócić do normalnych porcji. Ale część nigdy nie odzyskała zdrowej relacji z jedzeniem. To bardzo ważna informacja – bo przecież do eksperymentu wybrano wyjątkowo wytrzymałych mężczyzn. Na dodatek wiedzieli oni, że to jest jednorazowe i nigdy się już nie powtórzy.

To nie był brak silnej woli, który doprowadził ich do skrajności – tylko głód. Reakcja emocjonalna i fizjologiczna na głód.
Raz rozbudzony – nie dał się zignorować.

Dziś wiemy, że przy dużych restrykcjach – np. poście Dąbrowskiej, diecie Dukana, kopenhaskiej, jakiejkolwiek diecie, przy której mocno ograniczamy kalorie – ludzkie ciało robi dokładnie to samo co ich: broni się.
Im bardziej próbujemy je uciszyć, tym głośniej krzyczy.

Jeśli po takiej diecie boisz się, że „coś z tobą nie tak” – to wiedz, że wszystko z tobą w porządku.
Twój głód nie chce napytać ci biedy, tylko uratować ci życie.
Ciekawe, czy kiedykolwiek o tym w ten sposób myślałaś.

Odbierz opracowanie:Normalnie po diecie. Dlaczego tracisz kontrolę i jak ją odzyskać”

Czas na refleksję.
Skoro większość uczestników eksperymentu potrzebowała pięciu miesięcy, by uregulować swój sposób odżywiania, a niektórym nigdy nie udało się to w pełni – osoby po niskokalorycznej diecie lub na tzw. wiecznej diecie mają prawo przechodzić przez to samo. Mają prawo być zrozumiane. To nie jest oznaka słabości.
Oczywiście nie każdy doświadczy takich samych skutków ubocznych po diecie – bo dieta diecie nierówna, i też nie każdy wpadnie w zaburzenia odżywiania.
Tutaj jednak mówię do tych osób, które są ofiarami diet i odczuwają trudności w odzyskaniu równowagi.

Na mojej drodze wychodzenia z diet zauważyłam sześć wyraźnych etapów. Co ciekawe – pokrywają się one z hierarchią potrzeb żywieniowych Ellyn Satter. Opisałam ją w opracowaniu: „Normalnie po diecie. Od teorii do praktyki.”

  1. Bylebym nie była głodna.
    Na tym etapie chciałam jeść dużo i cokolwiek, uwielbiałam jedzenie. Kasza jaglana wydawała mi się jedzeniem bogów.

  2. Bylebym nie była głodna i nie musiała jeść niesmacznie.
    Tutaj zrobiłam się wybredniejsza i nie akceptowałam tego, na co nie miałam ochoty.

  3. Bylebym nie była przejedzona.
    Poza byciem bardziej wybiórczą w jedzeniu, próbowałam nie przejadać się, by nie czuć męczącej ciężkości.

  4. Jedzenie to jedzenie.
    To etap, w którym jedzenie straciło urok i stało się rozczarowujące. Zaczęłam szukać nowości, uczyć się lepiej gotować – licząc, że dzięki temu odzyskam przyjemność.

  5. Bylebym czuła się lekko i miała energię.
    Na tym etapie, zmęczona dotychczasowym jedzeniem, poczułam chęć skupienia się na samopoczuciu. Minęła już ekscytacja świeżo odzyskaną wolnością, nowościami – przywykłam do lepszego samopoczucia i znów poczułam potrzebę robienia więcej.

  6. Niech będzie smacznie, obym czuła się dobrze. Wracam do swoich zajęć.
    Ostatni etap polegał na tym, że przestałam być zagubiona, przestałam szukać. Jedzenie stało się takie, jak ma być: proste.

Nie obyło się bez załamań.
Gdzieś do etapu czwartego sama myśl o tym, że znów będę głodna, wywoływała u mnie panikę. Łzy płynęły mi automatycznie, natychmiast po zaistnieniu trudnej sytuacji.
Każda sugestia z zewnątrz, że mogłabym zjeść mniej, sprawiała, że moje serce zamierało ze strachu.

Pomimo solidnych dwóch lat pracy nad sobą i wyrobienia sobie nawyku jedzenia trzech głównych posiłków i przekąski – nadal był we mnie strach, że ta „nirwana” niebycia ciągle głodną musi się przecież skończyć.
Dwa lata to kawał czasu. A ja reagowałam w ten sposób jeszcze w czwartym, nawet piątym roku.

Pamiętam pewną historię, która wydarzyła się jakiś rok przed rzuceniem diet – czyli osiem lat temu, a czuję, jakby to było wczoraj.
Wsiadając do samolotu, który miał mnie zabrać w moją pierwszą podróż do Paryża, nie myślałam wcale o wieży Eiffla, ani o tym, że zobaczę Luwr, Katedrę Notre Dame czy słynną ulicę Champs-Élysées.
Nie interesował mnie Paryż.
Kiedy wylądowałam na lotnisku, moją pierwszą myślą było: – Gdzie jest McDonald’s, potrzebuję kawy!

Będąc już w Paryżu, mój przyszły wówczas mąż rozpaczał, że nie będzie miał już szansy na zrobienie dodatkowego pamiątkowego zdjęcia przed wieżą Eiffla – bo poprzednie ja zepsułam.
Ja natomiast byłam rozczarowana, że nie uda nam się zjeść francuskiego śniadania, bo musimy wracać.
Ominie mnie tyle francuskich bagietek, drożdżówek i serów.

Ja z tego wyszłam.
I kobiety, które ze mną współpracują – również.
Ale zanim dojdziemy do miejsca wolności… ile się nacierpimy, to nasze.

Opowiem Ci teraz o powodach ciągłego myślenia o jedzeniu, z którymi spotykam się u osób uwikłanych w diety.

Złudzenie „zbilansowanego” posiłku

Warto podkreślić, że „zbilansowany posiłek” wcale nie musi być odżywczy, jeśli nie dostarcza tego, czego potrzebuje konkretne ciało w konkretnym momencie.
Można przytoczyć przykład osoby, która je „według zasad” – białko, błonnik, dobre tłuszcze – a i tak czuje niedosyt, bo np. nie zaspokoiła konkretnej potrzeby metabolicznej (np. niedobory glukozy, sodu czy konkretnych witamin).

Posiłki, które nie sycą, mogą mieć dużą objętość, ale bez konkretnej treści. Nie wystarczy zapełnić żołądka białkiem i błonnikiem z warzyw, by poczuć się najedzonym.
Nasycenie to nie pełność.
Ciało przestaje wołać o jedzenie nie wtedy, gdy mięsień żołądka jest rozciągnięty, tylko gdy właściwe składniki odżywcze i odpowiednia ilość energii są dostarczone.
Za rozpoznanie tego odpowiadają hormony, a nie nacisk na ścianki żołądka.

Gdyby chodziło o objętość – nie byłabym w stanie zjeść kilograma arbuza bez uczucia najedzenia. A arbuz to marny posiłek, gdybyśmy chcieli się nim najeść. Ma objętość, ale nie ma substancji. Świetnie nawadnia, kiepsko syci.

„Zbilansowany” posiłek to często konstrukcja zewnętrzna – odpowiadająca ogólnym zaleceniom, ale nie wewnętrznym sygnałom.
Np. według piramidy żywieniowej coś może być idealne, ale nieadekwatne do dnia, nastroju, fazy cyklu czy konkretnego niedoboru.
Bilans nie istnieje w oderwaniu od kontekstu wewnętrznego.
Czasem „brakuje czegoś” nie na talerzu, ale w organizmie.

Mózg nie zawsze komunikuje: „brakuje mi sodu” – ale daje sygnał: „czegoś mi brak, jedz coś konkretnego”.
Jeśli przez długi czas eliminujemy produkty bogate w sód, cukry proste czy tłuszcze, mózg może próbować nieświadomie przywrócić równowagę poprzez zwiększony apetyt na niepozorne rzeczy, które zawierają dany składnik.

Niedobór energii

Duża aktywność fizyczna i zbyt mało jedzenia na diecie redukcyjnej – albo po prostu niskokaloryczna dieta – zawsze prędzej czy później kończą się obsesyjnym myśleniem o jedzeniu.
Nieważne, jak dobrze „zbilansowany” jest posiłek – liczy się całokształt.
Czy jedzenia było wystarczająco?

Przegapiony posiłek

To subtelna wersja niedosytu – nie musi być związana z niedoborem kalorii.
To stan, w którym posiłek mógł być smaczny, duży, odżywczy – ale nie był zjedzony w stanie obecności, przyjemności lub komfortu psychicznego.
Był – a jakby go nie było.

Sytość i głód to subiektywne odczucia, wiążące się z doświadczeniem jedzenia.
Ciało zapamiętuje nie tylko makroskładniki, ale też warunki spożycia.

Posiłek zjedzony w pośpiechu, przy kłótni, z poczuciem winy – nie syci, bo nie został „zarejestrowany” przez układ nerwowy jako wystarczający.
Jeśli posiłek jest zjedzony w napięciu, ciało nie przełącza się w tryb „odpoczywaj i traw” (odpowiedzialny za regenerację i trawienie).
Układ przywspółczulny nie aktywuje się w pełni, więc fizyczna sytość może zostać zignorowana przez mózg.
To tak, jakby jedzenie „przeszło obok”.

W takiej sytuacji można nadal szukać jedzenia – i upragniony relaks przyjdzie dopiero po przeładowaniu żołądka pokarmem.

Głód psychiczny

Tęsknota za zakazanym jedzeniem również może prowadzić do poczucia, że cały czas chciałoby się jeść.
Nawet jeśli nie ma fizjologicznego głodu, to jest tęsknota za tym, co niedostępne.
Taka już ludzka natura – tym, co jest w nadmiarze, się nudzimy, a to, czego jest mało, gloryfikujemy i za tym tęsknimy.

Wieloletnia dieta – nawet jeśli już dawno się skończyła – również prowokuje poczucie wiecznego głodu.
Po wielu latach diet rodzi się w nas silny lęk przed tym, że jedzenia może zabraknąć – przecież tyle razy brakowało.
Ten lęk ma sens.
Skąd umysł ma wiedzieć, że nie cierpimy głodu, nie ma klęski żywiołowej, a ludzie nie umierają z powodu braku zapasów – jak kiedyś, na przednówku?
Dla mózgu restrykcyjna dieta i klęska głodu to jedno i to samo.

Ten lęk nie jest tylko symboliczny.
Po latach restrykcji może się zmieniać sposób działania części mózgu odpowiedzialnej za przetwarzanie zagrożeń.
W skrócie: organizm staje się bardziej czujny na wszelkie sygnały „braku” – nawet jeśli jedzenia obiektywnie nie brakuje.
To neurofizjologiczne echo przeszłości, nie irracjonalny lęk.

Zakłócenie rytmu dobowego

Całodzienny głód lub zachcianki wieczorne mogą być efektem zbyt małej ekspozycji na światło dzienne i zakłóceń rytmu snu.
Brak światła dziennego, zbyt późne jedzenie, scrollowanie przed snem – wszystko to rozregulowuje produkcję melatoniny i kortyzolu.

Zaburzenie tych rytmów sprawia, że rano nie chce się jeść, a wieczorem nie da się przestać.
Zbyt krótki sen może też wywołać silny głód z rana, szczególnie na węglowodany.

Zespół adaptacyjnej termogenezy

Po okresie restrykcji organizm nie tylko zwiększa apetyt, ale też obniża podstawową przemianę materii.
To znaczy: chcesz jeść więcej, ale nie czujesz się najedzona, bo twoje ciało nie wróciło jeszcze do trybu pełnego bezpieczeństwa.
To pokazuje, że sytość nie zależy wyłącznie od kalorii, ale od kontekstu fizjologicznego.

Redukcja wagi, która wynikła z restrykcyjnej, niedoborowej diety, lub odchudzanie, po którym ciało zeszło do nienaturalnie niskiej wagi, kończą się potrzebą regeneracji.
Będziemy wiecznie głodni, i żadna ilość jedzenia tego głodu nie zaspokoi.
A głód może trwać miesiącami – jak to było w opisanym wcześniej eksperymencie z Minnesoty.

Jedzenie niedające satysfakcji

Brak satysfakcji może brać się z różnych powodów – nie zawsze związanych z samym pokarmem.
Np. brak węchu po COVID-zie, zatkany nos przy przeziębieniu.
Jednak najczęściej chodzi o samą formę posiłku.

Nawet jeśli jedzenie jest odżywcze, ale monotonne – np. z powodu braku węglowodanów, tłuszczu (który jest nośnikiem smaku), jeśli jest mdłe, o niewyraźnym aromacie, o nielubianej konsystencji – może prowadzić do nadmiernego myślenia o jedzeniu z powodu ciągłego niezaspokojenia.

Jedni przyzwyczajają się do diety niskowęglowodanowej, znajdując zastępniki – a inni nie.
Jedni akceptują dietę mało wyrazistą – inni nie.

Sytość to nie tylko żołądek, ale też język, nos, oczy.
Jeśli jedzenie nie pachnie, nie chrupie, nie ma temperatury, nie wygląda zachęcająco – mózg może nie „zauważyć”, że jedliśmy.
Talerz może być pełny, ale zmysły głodne.

U niektórych osób, gdy posiłki nie dają poczucia zadowolenia, szukają oni później czegoś subiektywnie smacznego lub smaczniejszego.

Jasne – są osoby, którym na przyjemności nie zależy.
Są osoby, które celowo i skutecznie wybierają prostotę żywienia (np. z powodów zdrowotnych, religijnych, neurobiologicznych).
Nie wszyscy muszą dążyć do „satysfakcji z jedzenia” jako fundamentu wolności.
Ale jeśli Ty jej potrzebujesz – to to ma znaczenie.

Poranny post

Szczególnie u kobiet – zwłaszcza w okresie okołomenopauzalnym – poranny post może kończyć się silną ochotą na węglowodany po południu i wieczorem.
To kwestia hormonalna: kortyzol i hormon NPY (neuropeptyd Y) powodują, że ciało chce węglowodanów.

Jeżeli nie zapewni się odpowiedniego odżywienia białkiem i węglowodanami w pierwszej części dnia, później może pojawić się wilczy apetyt na słodycze.
Jeśli widzisz ten mechanizm u siebie – warto przyjrzeć się, czy post rzeczywiście Ci służy.

Rola układu nagrody

Spożycie pokarmu wiąże się nie tylko z zaspokojeniem potrzeby fizjologicznej, ale też z układem nagrody.
Po okresie restrykcji układ nagrody może być niezwykle wyczulony – „normalne” porcje nie dają wystarczającej satysfakcji.
Jedzenie smakuje intensywniej.

Nie trzeba być łasuchem ani specjalnie lubić jedzenia – mózg „podkręca” zainteresowanie kaloriami, a więc zwłaszcza pokarmem tłustym i słodkim.
W tym okresie uczymy się, że jedzenie smakuje wybornie – i zapamiętujemy to jako fakt.

Nie mamy świadomości, że jeśli się jest fizjologicznie niedożywionym, to normalne zjawisko, które później mija.
Nie zauważamy tego momentu – a nawet jeśli, to raczej go ignorujemy.

Dlaczego?
Wyobraź sobie taką sytuację:
Jesteś w trakcie diety z wieloma zakazanymi pokarmami i dużym deficytem.
W czasie trudnej emocjonalnie chwili jesz coś powszechnie uważanego za smaczne.
Czujesz wielką przyjemność i spokój – i łączysz te fakty.
Jedzenie zakazane poprawia nastrój.

W przyszłości – nawet po regeneracji – nadal oczekujesz tej samej przyjemności.
Mimo że jej już nie ma i nie będzie bez diety.
Chcesz jeść, bo jest nudno, bo jest stres, niepewność, lęk, zagubienie, zmęczenie, rozczarowanie – każdy powód jest dobry.
Nie ma tego efektu co kiedyś, ale nie zwracasz na to zbytniej uwagi.

Brak życiowego celu

Czasami to nie głód jedzenia, tylko głód znaczenia.
Kiedy życie staje się monotonne, przewidywalne, pozbawione kierunku – mózg szuka prostego pobudzenia.
Jedzenie jest łatwe, bliskie, znane.
Wypełnia chwilową pustkę.

Egzystencjalna tęsknota nie ma języka, więc ciało komunikuje ją przez apetyt.
Szuka nie energii – tylko zakorzenienia.

Dysregulacja dopaminy i przebodźcowanie

Bywa, że to nie brak energii ani głód – ale potrzeba zatrzymania.
Przytłoczenie. Przebodźcowanie.

Kiedy dzieje się za dużo – zadań, bodźców, ekranów – mózg przestaje wyraźnie rozróżniać potrzeby.
Z pomocą przychodzi jedzenie: prosty rytuał, moment odpoczynku, szansa na uziemienie.
Można wtedy zrelaksować się, pogadać… albo poscrollować dalej.

Ale są konsekwencje.
Ciągły dostęp do smacznego jedzenia w połączeniu z nieustanną stymulacją (ekrany, treści, powiadomienia) tworzy przeciążony układ nagrody.
Już nie jemy dla przyjemności – jemy z automatu.
Bo coś nas ciągnie. Impuls. Znużenie. Potrzeba zmiany stanu.

Z czasem uczymy się, że jedzenie to najprostszy sposób na pobudzenie i ukojenie jednocześnie.
Tak jak kliknięcie „następnego odcinka” na Netflixie – znajome, łatwe, skuteczne.
To nie głód.
To głód przełączenia. Wyjścia z nudy, ciszy, przeciążenia.

Brak struktury

Czasami brak struktury (np. chaotyczne jedzenie) pogłębia zagubienie.
Są osoby, które lepiej funkcjonują przy bardziej jasnych ramach: stałe godziny, lista posiłków, mniej decyzji.

Wolność to nie to samo co impulsywność.
Intuicja bez struktury to ryzyko chaosu.
Czasem to właśnie powrót do struktury jest aktem troski.

Nie każdy męczący głód to echo przeszłości – czasem to teraźniejszy chaos.

Intuicja nie oznacza spontaniczności 24/7.
Niektóre osoby odzyskują spokój dopiero wtedy, gdy porzucą anarchię decyzji jedzeniowych i wprowadzą rytm: stałe pory, gotowe plany, mniej wyborów.
To nie zbrodnia przeciwko wolności – to forma jej praktykowania.
Intuicja działa najlepiej na stabilnym gruncie.

Głód jako informacja somatyczna

Nie każdy głód oznacza niedobór energii ani apetyt na jedzenie.
Czasem to brak poczucia bezpieczeństwa, lęk, smutek, napięcie, tęsknota – mylone z głodem.

Mózg komunikuje emocje przez ciało.
Ciągłe ssanie w żołądku to może być np. niepokój.
Albo przeciwnie – ekscytacja.

Emocje nie są tylko stanem w głowie – ich fizyczne odzwierciedlenie może objawiać się w różnoraki sposób: od poczucia ciepła lub zimna, po ścisk, pustkę.
Niektóre oznaki do złudzenia przypominają głód.

Osoby z historią zaniedbania emocjonalnego częściej mylą głód z tęsknotą za regulacją napięcia.

Efekt wzmocnionego apetytu po chronicznym stresie

Przewlekły stres wpływa na oś HPA (podwzgórze–przysadka–nadnercza), która reguluje poziom hormonów stresu – głównie kortyzolu i adrenaliny.

U kobiet ten mechanizm bywa szczególnie wrażliwy – m.in. ze względu na wpływ estrogenów oraz społeczne uwarunkowania, które nasilają emocjonalne napięcie i trudności z jego regulacją.
Kortyzol zwiększa apetyt – zwłaszcza na jedzenie kaloryczne, bogate w cukry i tłuszcze.

Gdyby tego było mało, mózg uczy się, że to jedzenie może chwilowo obniżyć poziom napięcia – poprzez wejście w tryb trawienia i fizjologiczne rozluźnienie.
To biologiczna próba przywrócenia równowagi – ciało uruchamia mechanizm, który ma nas chronić.

Problem zaczyna się wtedy, gdy jedzenie staje się jedynym dostępnym sposobem na ukojenie, a dostęp do odpoczynku, wsparcia czy emocjonalnego bezpieczeństwa jest ograniczony.

Zaburzenie odczytywania sygnałów ciała

Długie lata diet i życia „w głowie” często powodują rozregulowanie odczytywania sygnałów głodu i sytości.
To znaczy: ciało mówi – ale my nie rozumiemy.

Wchodzimy do tzw. strefy biologicznej obojętności, gdzie wszystko się zlewa.
A wtedy to już nie wiadomo, o co temu ciału chodzi.
Nie wiadomo, gdzie kończy się „reakcja ciała”, a zaczyna „wyuczona reakcja psychiczna”.
Gdzie kończy się fizjologia, a zaczyna psychika?
Co jest głodem, co impulsem, co napięciem?

Nie każda osoba doświadcza tego, o czym pisałam – w takiej formie, z taką intensywnością, z takim echem.
Ale jeśli czytasz ten tekst i coś w Tobie mówi: „to o mnie” – to znaczy, że nie wymyślasz.
Że nie przesadzasz.
Że jesteś jedną z tych osób, dla których to ma znaczenie.

Jeśli nie znasz doświadczenia wiecznej diety – możesz nie odnaleźć się w tym opisie.
Ale jeśli je znasz… jesteś w dobrym miejscu.
I nie jesteś sama.

Bo może to nie tylko problem z jedzeniem.
Może to cała historia – o kontroli, o głodzie, o bezpieczeństwie.
O zaufaniu do własnego ciała, które nie było uczone zaufania.

Jeśli to wszystko brzmi znajomo – to znaczy, że nie trzeba dalej brnąć w złość na siebie.
Można zacząć od początku.

Twoje ciało nie jest Twoim wrogiem.
Nigdy nie było.
Ono pamięta. I próbuje Cię chronić – na swój sposób.

Co możesz zrobić?
To zależy, gdzie jesteś.

Jeśli jesteś weteranką diet i próbujesz wrócić do siebie kawałek po kawałku – zajrzyj do serii „Normalnie po diecie. Część 1 i 2”.
Tam, krok po kroku, pokażę Ci, jak można zacząć – jeśli jest się w totalnej rozsypce.

Jeśli natomiast nie masz za sobą lat restrykcji – albo właściwie masz, tylko nie wywarły one na Tobie silnego piętna – mimo to czujesz, że Twoje ciało mówi coś, czego nie rozumiesz, a jedzenie jest trudne i niezrozumiałe – zacznij od opracowania z ćwiczeniami „Zrozumieć Głód”, w którym rozprawiam się ze wszystkimi tajemnicami głodu.

To tyle w tym odcinku.
Następny może być odpowiedzią na Twoje pytanie.

📩 Napisz do mnie wiadomość na mail: [email protected] – odpiszę.
Do usłyszenia!


Jedzenie intuicyjne psychodietetyk

Poznajmy się.
Jestem Małgosia. Specjalizuję się w pracy z napadowym objadaniem i utratą kontroli nad jedzeniem. Uczę  jedzenia opartego o intuicję, uważność i kompetencje żywieniowe. Ze mną zbudujesz zdrową relację z jedzeniem.