Czy czujesz, że musisz zasłużyć na jedzenie?

Jeśli tak, to naprawdę ci współczuję, to naprawdę męczące przekonanie. Byłam tam i nie chciałabym już nigdy więcej tak się czuć. Doskonale rozumiem jak to jest. Wbrew pozorom bardzo łatwo jest wpaść w pułapkę takiego myślenia. W końcu gdzie nie popatrzysz, ktoś gdzieś wciska ci kit, że na jedzenie trzeba sobie zasłużyć. A na jedzenie smaczne to trzeba zasłużyć podwójnie.

Trzeba wstać wcześnie rano i zrobić trening na czczo żeby zasłużyć na śniadanie. Trzeba zrobić 10 tysięcy kroków, żeby móc wieczorem zjeść kolację. A żeby mieć pozwolenie na zjedzenie pysznej pizzy w sobotę z przyjaciółmi to trzeba być grzecznym przez cały tydzień. 6 dni czystej michy i wtedy należy się człowiekowi cheat meal albo cheat day. Można sobie użyć.

Fakt, na jedzenie w pewien sposób trzeba sobie zasłużyć. To znaczy, jeśli jest się dorosłym to trzeba zarobić i je kupić, a potem jeszcze coś ugotować. Można też być miłym dla kogoś i ktoś przygotuje je dla nas, tylko bez nadużywania! Reszta powodów jest mniej więcej w tym samym stylu.

A wiesz, że to wszystko ma też drugie dno? Zaczyna się tak, że próbujesz zasłużyć na jedzenie spełnieniem konkretnych warunków związanych z celami sylwetkowymi. Ale z czasem gdy tych celów już nie masz, albo nie masz tymczasowo, to nagle się okazuje, że za każdym razem gdy zrobisz coś trudnego, zasługujesz na jedzenie.

Opowiem ci teraz historię. Wczoraj wieczorem wsiadłam do samochodu i postanowiłam odwiedzić miasto, w którym nigdy nie byłam sama a tym bardziej nie jako kierowca. Już sama wyprawa była dla mnie wyzwaniem i powodem do stresu. Trochę też ekscytacji. Jestem niedoświadczonym kierowcą, który po 13 latach od zdania prawa jazdy uczy się jeździć, boi się piekielnie ale bardzo chce się nauczyć. Więc mam taki zwyczaj, że jeżdżę wszędzie nocą, drogi są puste, parkingi też. Jeśli zrobię błąd albo się pogubię to nie zatamuję ruchu. Pojawił się jednak jeden mały problem. Droga do Łańcuta, którą znam jest częściowo zamknięta. Miałam więc 2 opcje:

– wybrać znaną drogę ale z objazdem przez wioskę, czyli droga bardzo niepewna

– wybrać jazdę autostradą, której się panicznie boje bo tam się jeździ szybko i przez te tablice informacyjne zawsze czuję się skołowana, dodatkowo wtedy wjeżdża się do Łańcuta jakoś od tyłu, czyli nie wiem jak

Zdecydowałam się na autostradę, ponieważ raz nią jechałam jako pasażer, lepsze to niż nieznana wioska. Przez kilka sekund zobaczyłam nawet na liczniku 102 km. Masakrycznie się boję prędkości. Na szczęście w godzinach nocnych nie blokuję ruchu więc mogę się ślimaczyć moimi bezpiecznymi 86 km/h nawet na autostradzie i nikogo nie zdenerwuję. A nawet jeśli ktoś sobie pod nosem pomruczy na moje zachowanie na drodze to może mnie bezproblemowo wyprzedzić, co każdy zresztą robi!

Okazało się, że strach ma wielkie oczy, jak zwykle. Zawsze będąc na autostradach wyobrażałam sobie, że to takie strasznie trudne zrozumieć gdzie skręcić. Ale jeśli wiesz w którym kierunku jedziesz i do tego słuchasz nawigacji (chociaż nawigacja google nie raz wyprowadziła mnie w pole, nie ufam zbytnio) to nie jest tak trudno. Wyobraź sobie, że dojechałam do tego Lańcuta, zaparkowałam samochód gdzieś na rynku, na cudownie pustym parkingu, poszłam do parku, który jest tak pięknie oświetlony i… poczułam się tak strasznie głodna.

Poczułam niesamowite ssanie w żołądku. To nie było ssanie ze stresu, w końcu przestalam się stresować już po zjeździe z autostrady gdy poznałam drogę na której byłam. Okazuje się że wjazd od tyłu to wjazd drogą na Leżajsk, którą doskonale znam. Faktem jest też, że ja nie zajadam stresów. To nie było też ssanie z głodu fizjologicznego. Jakieś 2 godziny wcześniej zjadłam dobrą kolację. Wyjątkowo nawet dwudaniową bo dojadłam też resztkę zupy z dnia poprzedniego.  To nie był głód. Więc co to było?

Dobrze wykonana robota! Małgosia dojechała na miejsce, nie rozbiła samochodu, nie popełniła błędu. Należy się nagroda! Ale co może być tą nagrodą. Spacer po parku, który w większości i tak jest nocą zamknięty? No daj spokój. To co? Najlepiej jedzenie! Może jakiś bar koło zamku jest jeszcze otwarty? Zasłużyłam do jasnej Anielki.

Jak widzisz, różne są przyczyny chęci na jedzenie. Czasami bardzo nieoczekiwane. Jeśli pracujesz z jedzeniem intuicyjnym wystarczająco długo, to zyskujesz sporo świadomości interoceptywnej, czyli innymi słowy wiedzy na temat twojego ciała. Umiesz go słuchać, rozumieć i reagować na jego potrzeby. Na samym początku drogi do jedzenia intuicyjnego często pojawia się pytanie:

To co ja mam jeść i ile?

Ale to jest naprawdę najmniej ważne. Pytanie, które się liczy najbardziej to:

Dlaczego chcesz jeść?

Niezjedzenie żadnego kebaba w Łańcucie (i tak wszystko było już zamknięte) nie wywołało u mnie smutku ani nie było trudne. Trudne i nieprzyjemne jest walczenie z głodem fizjologicznym. To jest prawdziwa tortura. Inne typy głodu to całkiem inna sprawa. Ich nie syci jedzenie. Kiedy uczymy się je rozpoznawać jesteśmy w stanie na nie reagować z czułością i empatią. Małgosia w Łańcucie nie potrzebowała jedzenia tylko uznania za wjazd na autostradę (no wiem wiem, żaden wyczyn, to nie jakiś Nowy Jork ani Stambuł ale wszystko przede mną).

Na jedzenie nie trzeba sobie zasługiwać dobrym zachowaniem. Jedzenie nie jest żadną nagrodą. Chociaż to nie znaczy, że nie może służyć jako narzędzie do świętowania! Oczywiście że może. Chyba w każdej kulturze na świecie dobre jedzenie jest wykorzystywane do celebracji ważnych wydarzeń. Ale do diabła, nie po to by siebie nagrodzić każdego dnia za zrobienie porządków, powrót z pracy czy dojazd do Łańcuta. A nawyk nagradzania się jedzeniem może działać bez zarzutu nawet kilka razy dziennie.

Ten temat omawiamy dogłębnie podczas kursu „Zrozumieć Głód”, który startuje już 30 maja! Zostań moim kursantem a dowiesz się o sobie wielu ciekawych rzeczy i ogarniesz swoją relację z jedzeniem.