“Przyszedł taki moment, że musiałam zadać sobie pytanie, czy sport i zdrowe odżywianie to naprawdę moja pasja, czy raczej jestem jedynie niezdrowo zafiksowana na punkcie jedzenia i ćwiczeń, ponieważ mam obsesje na punkcie odchudzania” Krista Murias

To są słowa @kristamurias ale doskonale oddają moje przeżycia. Zdrowe odżywianie i sport nie były i nigdy nie będą moją pasją. Mam inne zainteresowania. Chociaż przez długi czas one były tym, czym żyłam. Myślałam, że są częścią mnie.

Moja historia odchudzania zaczęła się wcześnie, w wieku 13 lat. Ale to nie były czasy kiedy zdrowe żywienie i sport były popularnym tematem. Zafiksowanie na punkcie sportu i zdrowej diety przyszło do mnie dopiero po którejś z kolei diecie. Kiedy już schudłam. Zaczęłam się uczyć w temacie dietoterapii bo ten temat był mi potrzebny.

Na dobrą sprawę nigdy nie byłam zainteresowana zdrowym żywieniem w odchudzaniu. Uważałam to za zbyt łatwy temat. Kształciłam się w kierunku diet przy zaburzeniach pracy układu pokarmowego, alergii i nietolerancji. To wtedy przyszła do mnie ortoreksja, nienaturalne zainteresowanie aktywnością fizyczną i utrzymaniem ciała w perfekcyjnej formie. Wiedziałam, że przy każdej chorobie układu pokarmowego da się znaleźć taką dietę by symptomy się poprawiły. Już wtedy znałam wszelkie dietetyczne metody radzenia sobie z IBS chociaż w Polsce jeszcze tego tematu nie było.

Przyszedł jednak taki czas, że zauważyłam małą skuteczność tych diet. I nie dlatego, że one same nie działały ale zwyczajnie ludzie nie potrafili ich stosować. Wówczas rozpoczęła się moja przygoda z psychodietetyką. To był też mało popularny temat kilka lat temu. I w ogóle materiał na studiach podyplomowych z psychodietetyki nie odpowiadał na żadne nurtujące mnie pytania. A przeczuwałam już wtedy, że psychika może być znacznie ważniejsza niż sama dieta.

To były lata kiedy ja wiedziałam doskonale, że utrata wagi jest możliwa dla każdego i każdy powinien się postarać. Bez względu na cenę i poświęcenie. Nikt nie mógł mnie przekonać, że jest inaczej. Zawsze miałam w zanadrzu jakąś wersje diety, która działała w indywidualnych, nawet trudnych przypadkach. Nie wiedziałam wówczas, że te rezultaty są i zawsze będą krótkotrwałe. Nie zwracałam uwagi na skutki uboczne. Całe moje życie kręciło się wokół liczenia kalorii i dobieraniu odpowiednich posiłków, spalaniu kalorii.

Waga trzymała się w normie. Owszem skakała o kilka kg od czasu do czasu, ale wystarczyło się postarać by to naprawić. Jednakże nie mogłam zejść do swojej najniższej wagi, którą udało mi się w życiu osiągnąć 2x. Czyli te dwa epizody kiedy byłam kompletnym wrakiem człowieka. Już wtedy wiedziałam, że chyba nie jest mi pisane ciało Ewy Chodakowskiej bo nie ważne co robię ono nie przychodzi. No ale cóż, i tak nie było ze mną źle.

Dopiero później zderzyłam się z rzeczywistością. Uwierz, nie wiedziałam, że nie da się być całe życie na diecie. Myślałam, że można. Aż przyszedł okres w moim życiu że już nie mogłam. To nie tak, że się zmęczyłam. Ja zwyczajnie nie miałam wtedy warunków do bycia na diecie. I zrozumiałam w końcu, że jednak zdrowe odżywianie i możliwość dbania o siebie to przywilej, na który nie każdy może sobie pozwolić.

Później odchudzałam się już tylko raz. Efekty były dobre jak zwykle ale tak krótkie jak nigdy przedtem. Wtedy zrozumiałam, że albo jest się na diecie albo utrzymuje się stosunki towarzyskie. Ja tych dwóch rzeczy pogodzić nie mogłam. I po tym ostatnim razie odnalazłam jedzenie intuicyjne. Odkryłam jak bardzo zaburzone były moje stosunki z jedzeniem, jak chory był mój organizm. Bo wbrew pozorom okres zdrowotnej ortoreksji pomimo faszerowania się suplementami nie przyniósł mi fantastycznych rezultatów. Żadne cudowne tabletki nie dodały mi energii, nie naprawiły słabych paznokci ani nie poprawiły słabego trawienia które wydawało mi się że miałam. Wydawało mi się bo nie miałam problemów ale naczytałam się głupot i w nie wierzyłam.

Lubię sporty ale nie lubię ćwiczyć intencjonalnie w 4 ścianach przed telewizorem. Fajnie jest pobiegać, pojeździć na rowerze i potańczyć. Lubię gotować to co mi sprzyja ale nie lubię wyszukiwać fit przepisów. Jeżeli jem coś zdrowego to z potrzeby a nie z przymusu.
Im dłużej siedzę w tym wszystkim tym bardziej zdaję sobie sprawę, że nie znoszę modnego zdrowego jedzenia.

  • wymyślnych owsianek i jaglanek na bogato
  • misek z musami twarożkowymi i owocami
  • power miseczek z kto wie czym
  • kanapek z twarogiem
  • smoothie owocowych na śniadanie
  • zdrowych słodyczy

Wszystkiego próbowałam i wszystkim się zmęczyłam. Umiem się przed sobą przyznać, że wolę płatki owsiane na mleku i koniecznie na słono zamiast na słodko z owocami. Na obiad wolę standardowego ziemniaka i standardową polską mizerię zamiast kolorowych sałatek z pieczonym batatem. Zamiast tosta z awokado i jajkiem wolę kromkę z serem i jajkiem. Lubię maślankę bardziej od jogurtów probiotycznych. No i wcale ale to wcale nie lubię zdrowych słodyczy. W sumie wolę wcale nie zjeść nic słodkiego niż wziąć byle co.

Życie stało się o niebo prostsze od kiedy znów mogę zjeść kanapkę i nie muszę zawsze przygotowywać konkretnego posiłku. Od kiedy mam w lodówce sery i nie boje się, że od nich puchnę albo mnie wysypuje mam z głowy odwieczny problem. Co ja zjem? A no zjem co znajdę. Kiedyś biegłam na drugi koniec miasta po wiejski twaróg i masło. Zamawiałam orkisz świętej Hildegardy na chleb. Życie kręciło się wokół jedzenia a i tak ciągle miałam wrażenie że w domu nie ma co jeść.

Dzisiaj otwarcie przyznaję. Sport i zdrowe odżywianie nie są moją pasją.

Czytaj również: