Pamiętam takie zdarzenie z okresu bycia nastolatką, postanowiłam nigdy już nie jeść słody. Chociaż z perspektywy czasu nie nazwałabym się nastolatką a dzieckiem. Miałam coś koło 13 lat i z jednej strony próbowałam się zachowywać jak dorosła bo tak było trzeba, nie było miejsca na dziecięce fanaberie. Ale z drugiej byłam tylko przestraszonym, niepewnym niczego dzieckiem, które wychowywało się bez ojca z matką równie pogubioną i niepewną.

Wracając do owego zdarzenia. Kolekcjonowałam słodycze przez kilka miesięcy, może przez 2-3. To była wiosna, zahaczyło o Wielkanoc. Miałam pudełeczko w kształcie serca z czekoladek Wedla. Zmieściło się tam może 300g słodyczy. Część była pusta w środku jak na przykład zając, baran czy jajko z czekolady. Ja miałam silne postanowienie, że nie będę nic jeść tylko trzymać. Patrzyłam dumna jak moje pudełeczko się zapełnia. Z drugiej strony czułam też wielki żal, że inni jedzą a ja nie.

Przez większość życia ludzie dzielili się dla mnie na tych, którym jeść wolno i na tych, którym jedzenie jest zakazane. Dla mnie jedzenie było zakazane podwójnie. Skoro grubi ludzie tyją bo ciągle jedzą to znaczy, że jeść nie powinni.

Mój dom nie był wypełniony słodyczami. Jadło się owszem naleśniki, dżemy, serniki i placki z jabłkami bo to były typowe wiejskie desery, które nie kosztowały prawie nic, bo wszystko było swoje. Wszystkiego tego nigdy nie lubiłam. Do tej pory piekę amerykańskie cheescake’i i apple pie’e byle tylko nie przypominały smakiem naszych serniczków i szarlotek. Piłam natomiast sporo kakao, soków, kompotów i napojów. Tego w domu nigdy nie brakowało. Zazdrościłam bardzo kuzynom bo oni objadali się słodyczami jakby to były kromki chleba. Ale tylko ja byłam gruba. Taki los.

Los albo dom. Bo my żywiliśmy się naprawdę byle jak. Często babcia karmiła mnie frytkami, kiedy ktoś podarował mi czekoladę to (po poczęstowaniu wszystkich obowiązkowo) zjadałam do ostatniego okruszka, przecież to był taki rarytas. Jeśli od święta pojawiło się lepsze ciasto to zjadałam po 2 kawałki na raz. Do dziś pamiętam, że bez przyjemności bo drugi kawałek przecież zamulał. Ale jak można zjeść jeden skoro cała rodzina może się rzucić na ciasto i zaraz go zabraknie. Miałam wybór, zjeść na zapas albo ryzykować że jutro już nie będzie a druga okazja może się zdarzyć za pół roku albo za rok. Lepiej było nie ryzykować i korzystać z chwili. Kiedy na stole lądowało kilo ciastek to też trzeba się było śpieszyć.

To wspomniane pudełeczko ze słodyczami któregoś dnia postanowiłam opróżnić. Uznałam, że to jest jednak zbyt duża męka. Lepiej nic nie mieć nic niż patrzeć codziennie na blaszane serce pełne czekolady. Zjadłam wszystko na raz. I w końcu miałam spokój.

Nigdy nie miałam napadów obżarstwa. Jestem zbyt praktyczna by oddać się takim torturom. Nie umiem sobie wyobrazić istotnego celu. Napad na pudełko z czekoladą mógł się skończyć dla mnie tylko „nadprogramowymi” 1500kcal i zatwardzeniem. Biorąc pod uwagę, że w tamtych czasach nie jadłam więcej niż 1000kcal dziennie to nawet z całą czekoladą zjadłam tyle ile dzieciak w moim wieku zjada z racji tego, że rośnie i jest w ciągłym ruchu.

Piszę teraz do młodszej siebie. Małgosiu, zjedz swoje czekoladowe jajko z Wielkanocy, nie walcz z nim. Ciesz się nim. Jedzenie nie musi być polem walki a ty zasługujesz na każde czekoladowe jajko tego świata. Dostaniesz tyle słodkości ile tylko zechcesz. Nie musisz nigdy jeść na zapas bo nie ma takiej potrzeby. Masz prawo cieszyć się jedzeniem i czerpać z niego przyjemność, tak jak każdy inny człowiek.

Jak mi przykro, że to dziecko trzymało w szafie pudełeczko czekolady i wierzyło, że nie może jej zjeść. Taki długi okres i patrząc z perspektywy czasu nie tak wiele słodyczy. A tyle strachu i męki. Nikt na to nie zasługuje, to jest zbędne.