Zaczęło się niewinnie, od kupowania lepszej jakości jedzenia, więcej warzyw, strączków, pełnoziarnisty makaron. Nic specjalnego. Powoli powoli, w miarę polskiej rewolucji zdrowotnej, moje zakupy zmieniły się diametralnie. Cukier trzeba było zastąpić ksylitolem, ziemniaki batatami, kasze komosą ryżową, mąkę pszenną orkiszem świętej Hildegardy, marchewkę eko marchewką, mleko eko mlekiem a potem mlekiem roślinnym, zwykły ryż ryżem basmanti.

Byłam wykończona a mój portfel pusty. I to trwało dobre 4 lata. Widząc w sklepie sery, makarony, pieczywo czułam frustrację ale z drugiej strony dumę i wyższość. Bo ja, co prawda na skraju wyczerpania i bankructwa, wiedziałam co należy jeść i inwestowałam w swoje zdrowie. A ci wszyscy biedni ludzie, których dzieci wychodziły ze sklepu z białą bułką w ręce, tylko prosili się o raka.

Ja byłam szczęściarą. Wychodząc ze sklepu z brokułem i zieloną soczewicą miałam pewność, że na temat jedzenia wiem wszystko. Gluten zabija, nabiał truje, cukier uzależnia i zabija itd. itp. A ja miałam dożyć setki (albo i dłużej) i pokazać ludziom że jeśli tylko się człowiek postara to da radę.

Na eko kawy, mąki kasztanowe, olej kokosowy, herbatę matcha, jagody goji i inne pierdoły wydawałam fortunę. I chodziłam głodna.

A jeśli miałam smaka na deser to zrobienie takiego na maksa zdrowego ciasta, koniecznie wegańskiego wymagało mega dużo składników. Wór nerkowców, mleko kokosowe, daktyle i cuda wianki. I kto piecze ten wie, porcji wychodzi dużo i trzeba to później zjeść, żeby się nie zmarnowało. Bo przecież poszło tyle pieniędzy. A wystarczyło pójść do kawiarni i zamówić to co, się chciało, kawek – eh. Poszłam raz do knajpy wegańskiej. Zamówiłam wybitnie drogie ciasto, mikroskopijnej wielkości kawałek. Smaczne nie powiem. Ale nie za tę cenę.

Uwierz mi, nauczyłam się na swoich błędach. Kilka dni temu odwiedziłam znaną w całym Rzeszowie Wypiekarnie. Zjadłam sernik oreo. Zapłaciłam 10,50zł. Porcja jak na 2 osoby. Następnym razem będę wiedziała. Sernik niebo w gębie. I cieszę się, że nie piekłam zdrowego ciasta w domu. Nie jestem łasuchem, którego cieszy blacha sernika. Nie chcę jeść go aż do znudzenia. Chcę cieszyć się pysznym ciastem – czasami.

Nie chcę codziennie zjadać zdrowego batonika za kilka złotych. Dlaczego? Bo nie chce tworzyć nawyku zjadania codziennie słodyczy! Poza tym, w tym świecie nastawionym na konsumpcjonizm czuję się lepiej ograniczając zakupy, wydatki i śmieci. Nie lubię już płacić za coś, co nie jest tego warte. W cenie 5zł za batona można dobrze zjeść przez cały dzień. A to, co się zaoszczędziło odłożyć na wakacje marzeń, kursy, rachunki, spłatę kredytu – cokolwiek.

Strach okrada z pieniędzy

Kiedyś panicznie bałam się makaronu, ziemniaków, zwykłego oleju roślinnego i generalnie wszystkiego co nie było bio i bez alergenów. Jeszcze kilka lat temu nie byłoby szans bym nie wydała fortuny na jedzenie. Na szczęście to wariactwo minęło. Nawet przy dzisiejszych cenach da się jeść tanio.

Podam ci przykład mojego dnia, jak zmieściłam się z jedzeniem w 5,50zł i całkiem dobrze zjadłam. To taki jadłospis, który został stworzony intuicyjnie na podstawie aktualnych promocji i tego co mam w lodówce. Całkowicie zbilansowany. Uprzedzam, ceny byłyby wyższe gdyby nie to, że kupuje jedzenie na zapas gdy widzę dobrą okazję.

  • śniadnie – 1,60zł

tortilla ziemniaczana (2 jajka, mała cebula, 1 ziemniak, 20g oleju)

  • obiad – 1,65zł

makaron z brokułem (100g makaronu spaghetti, 100g brokułu, 50ml śmietanki, sól, pieprz)

  • kolacja – 1,15zł

gulasz z fasoli z ryżem (75g fasoli, łyżeczka przecieru, 1/4 cebuli, 10g oleju, przyprawy, 50g ryżu białego)

  • przekąska – 0,95zł

100g chleba z dżemem 50g i masłem 10g

  • plus przyprawy – ok. 20gr

całościowy koszt:

ok. 5,50zł/2000kcal

wartość odżywcza:

ok. 2000kcal, 33% tłuszczu, 14% białka, 54% węglowodanów

Dawniej wydałabym więcej na bio batona ze sklepu ekologicznego niż teraz na cały dzień jedzenia. Zwykle nie obliczam kaloryczności posiłków, ale chciałam ci pokazać, że dobrze planując można dobrze jeść. Pod warunkiem, że nie sugerujemy się fit inspiracjami.

Opamiętałam się w porę

Przestałam śledzić wszystkich influenserów, którzy chcieli mi wcisnąć, że muszę kupować to a tego absolutnie mi nie wolno. Przestałam czuć się źle jedząc makaron i ziemniaki. Naprawdę nie ma nic złego w spaghetti. Poczułam wielką ulgę gdy przestały mnie bombardować informacje z sieci, przez które czułam się paskudnie. Bo to nie pszenica mi szkodziła a nagonka na pszenicę. Co najciekawsze, przestałam potrzebować słodzików. Generalnie cukru używam jako przyprawy. Jeśli chcę zjeść słodycz to jem oryginał. Nie robię fit deseru żeby zastąpić nim pasek czekolady!

Najbardziej szkodził mi strach i izolacja, nie jedzenie

Szkodziła mi fit inspiracja. A raczej zdrowa nagonka. Z jedzeniem było wszystko w porządku. To nagrania i posty znanych osób (tych od zdrowia i tych od bycia fit) na temat jedzenia sprawiały, że wariowałam. Im więcej zdjęć fit słodyczy widziałam tym bardziej chciałam je jeść. Nie dlatego, że byłam głodna. A skoro nie byłam głodna ani nie miałam fizycznej potrzeby by je jeść to one w ogóle mnie nie satysfakcjonowały. Bo tak naprawdę to ich nie chciałam. Tylko że te obrazy były wszędzie krzycząc zrób mnie, kup mnie, zjedz mnie.

Ominęła mnie w życiu nie jedna wycieczka na rajską wyspę. Cóż nie było mnie stać. Musiałam kupować eko marchewkę i robić pierogi z mąki kasztanowej i eko sera. Z resztą i tak bym na żadną wyspę nie pojechała bo miałam cellulit i wyimaginowane nietolerancje pokarmowe. Czyli nie mogłabym założyć bikini ani jeść tego, co podaje hotelowa restauracja.

Przeszłam od zdrowej rewolucji do normalności. I nie, nie żałuje że to wszystko przeszłam. To mnie nauczyło wiele. Nikt mi już niczego nie wciśnie i ja też nie będę wam wciskać żadnych rewolucyjnych idei. Mamy wystarczająco problemów i spraw na głowie. Jedzenie nie musi być jednym z nich.

Czytaj również: