Jedzenie intuicyjne to nie jest ciągła uczta. Rozczaruję cię. Nie każdy posiłek musi być ekscytujący i celebrowany. W życiu są chwile kiedy jedzenie jest super i takie kiedy jesz by zaspokoić głód. Jedzenie nie zawsze jest satysfakcjonujące. Czasami to tylko energia a innym razem wielka przyjemność.

Kiedyś przywiązywałam duża wagę do tego co mam na talerzu. Cały mój dzień się wokół tego kręcił. To była poważna obsesja. Nie chciałabym do niej wracać. Dlatego też nie nadaje jedzeniu tak wielkiego znaczenia. Na codzień po prostu  jem rzeczy które mi w miarę smakują. Nie wyobrażam sobie powrotu do okresu kiedy każdy posiłek był wielką celebracją. Kiedyś myślałam tylko o gotowaniu i kupowaniu składników na posiłki.

Wszystko krzyczy zjedz mnie!

Nie każdy posiłek musi i może być ucztą. To nie znaczy że tak, jak na dietach odchudzających masz jeść coś co ci nie smakuje. Nie w tym rzecz. Chodzi o uwolnienie się od jedzenia. Zjadasz obiad i ruszasz dalej. Na pewno masz inne sprawy na głowie tego dnia które czekają na to byś się nimi zajęła. Jeśli jestem w restauracji i mam na talerzu coś pysznego to się tym zachwycam i celebruję każdy kęs. Na wszystko jest czas.

Wiem że jest teraz w dietetyce taki nurt by być podekscytowanym każdym posiłkiem. Ale u mnie się to nie sprawdziło. Nadawanie jedzeniu super mocy i super właściwości nie działało zbyt dobrze. Raczej wywołało obsesje.

Lubię cieszyć się każdym kęsem pysznego jedzenia w miłej atmosferze. Ale nie każdy posiłek taki jest. Czasami jem bo jestem głodna i chcę poczuć sytość. Nic więcej. Bywa że z lenistwa, a czasami braku apetytu albo czasu jem zimny ryż z poprzedniego posiłku. Sam. Cieszę się bo był w sumie smaczny. Byłam głodna a teraz mój brzuch jest zadowolony.

Często widzę rady by od czasu do czasu pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa w swojej regularnej, zdrowej diecie. Nie zgadzam się. Oczywiście z własnego, prywatnego punktu widzenia. Nie chcę by czekolada, ciasto marchewkowe, pizza były odrobiną szaleństwa. Nie, bo co jeśli to szaleństwo mi się tak mocno spodoba że będę chciała szaleć i szaleć? Wolę by pizza była takim samym posiłkiem jak makaron z brokułami czy ziemniaki z kapustą. Na każde z nich mam chęć od czasu do czasu, choć na pizzę jakoś rzadziej ponieważ nie mam w pobliżu dobrej pizzerii a byle jakiej nie chcę. Wolę makaron z sosem pomidorowym albo ziemniaki z jogurtem naturalnym, na serio.

Nie chcę by ciasto marchewkowe i czekolada były szaleństwem. Chcę by były dostępną opcją, alternatywą. Przez dwa miesiące uparcie twierdziłam, że nie smakuje mi czekolada aż nagle w pierwszy dzień okresu uderzyło mnie, chcę białą czekoladę. Zjadłam półtorej paska. Na drugi dzień kupiłam dwie tabliczki mlecznej, zjadłam pasek i to koniec z moją przygodą z czekoladą. Nie pozwoliłam sobie na szaleństwo, ja zaspokoiłam apetyt.

Mam ciekawe doświadczenie z płatkami kukurydzianymi z mlekiem. Od dziecka jakoś tak nauczyłam się, że jeśli są to trzeba ich zjeść dużo. Mój brat potrafił je przyrządzać w litrowym rondlu. I ja też tak chciałam, chociaż nigdy się nie odważyłam. Ale potrafiłam zjeść 2 szklanki, jedna po drugiej.

I tak przez długie lata ich nie jadłam, wiadomo dieta, a potem wiadomo mleko i węglowodany. Aż w okresie miesiąca miodowego (element jedzenia intuicyjnego) postanowiłam kupić płatki. Jadłam ale za diabła nie umiałam się nasycić. Kilka miesięcy później będąc w hostelu miałam do wyboru w ofercie śniadaniowej płatki kukurydziane i tosty z serem topionym. Był też dżem ale za nim nie przepadam. Zjadłam porcję płatków i tosta i czułam się pełna. Pomyslałam, hmm to tak to działa.

Po powrocie do domu zakupiłam pół kilogramową paczkę płatków i postanowiłam testować. W pierwszych dnia po zjedzeniu standardowej wielkości kubka (nie umiem jeść z miseczek) byłam nadal głodna. Zjadłam pojedynczą kromkę chleba z żółtym serem i poczułam sytość. Pomyślałam że w sumie nieźle. Pewnie do płatków potrzebuję jeszcze treściwszego dodatku. Kolejnego dnia do płatków dodałam jajko na twardo czyli mniej kalorii i byłam usatysfakcjonowana. Za kilka dni już zjedzenie samych płatków okazało się wystarczające.

Ja tak rozumiem jedzenie intuicyjne i to jest moja metoda dobierania odpowiedniej porcji. Nie wyobrażam sobie że miałabym sobie narzucić mniejszą porcję a potem się do niej przyzwyczaić. Robiłam tak przez lata i to się nie sprawdzało. Ekscytowałam się każdym kęsem jedzenia i nakręcałam na posiłki i to też nic dobrego nie przynosiło.

Sprawdziło się odpuszczenie i pozwolenie sobie by się najeść. Chodzi o to by eksperymentować i by się uczyć na błędach a nie karać się za nie. Trzeba pozwolić jedzeniu spowszednieć.

Jedzenie mi spowszedniało

Nastąpił taki moment, że jedzenie spowszedniało mi za bardzo. Tak bardzo, że przestało mi się chcieć cokolwiek gotować. A ja przecież lubiłam jeść. Popełniłam błąd bo nie kierowałam się satysfakcją tylko tym by jedzenie było zdrowe i nie rujnowało mojego budżetu. Straciłam radość.

Wiedziałam, że muszę coś z tym zrobić. Jedzenie musi być takie, żeby chciało się je jeść. Znów zaczęłam się starać w kuchni. Odpuściłam zasady zdrowego żywienia i dopiero wtedy wszystko wróciło do normy. W jedzeniu musi być równowaga. Olej nadaje smak surówce z kapusty. Deser po obiedzie jest ukoronowaniem posiłku. Obiad złożony z frytek jest ciężkostrawny ale dodatek dobrych frytek bądź pieczonych ziemniaków sprawdza się świetnie. Zupa może i jest zdrowa ale to zbyt mało by zaspokoić głód na dłużej, ale już w parze z pieczywem czemu nie.

Cieszmy się jedzeniem ale nie gloryfikujmy go. Ważne by pozwolić sobie jeść, testować godziny i porcje aż do skutku, aż będzie fajnie. Jedzenie intuicyjne to życie.