List od Marry

Cześć.

Czuję, że muszę się z Tobą podzielić moją historią.

Na wstępie powiem, że nie mam nadwagi, ale na pewno nie jestem osobą która należy do superszczupłych. Powiedziałabym, że mam „kobiece kształty”, szerokie biodra, noszę rozmiar 38.

Mam niedoczynność tarczycy i wahania hormonalne, które sprawiają, że jest mi ciężko schudnąć.

Oprócz tego naturalnie mam okrągłą twarz i pucołowate policzki, co z pewnością potęguje wrażenie niedoskonałości mojej figury.

Odkąd pamiętam, w moim domu była presja na to, abym schudła. W pewnym momencie (wakacje) uległam tej presji, udało mi się zrzucić 12 kilogramów i finalnie ważyłam 58 kilogramów. Wyglądałam faktycznie nienajgorzej, ale jadłam dziennie jeden serek wiejski, kilka płatków suchego chleba i popijałam znacznymi ilościami Coli Zero (byleby czuć coś słodkiego). Zasłabłam w szkole, dodatkowo zaczęłam się faszerować lekami. Waga stała.

Waga stała w miejscu i nie chciała drgnąć.

Moje obsesyjne odchudzanie się (a raczej próba obsesyjnego utrzymania wagi) trwała do 2 LO, kiedy to w natłoku nauki do matury i ogólnie innego życia jadłam już bardziej normalnie. Waga się ustabilizowała, na poziomie ok 65 kilogramów. Można powiedzieć, ze wyglądałam zdrowo.

Moja mama należy do osób bardzo szczupłych naturalnie – mimo tego, że je z dwa razy tyle co ja, ma bardzo długie i chude nogi (ja mam nogi dość masywne, szerokie uda). Wyśmiewa się z mojego wyglądu odkąd pamiętam. Objada się słodyczami i patrzy na mnie wzrokiem pełnym pogardy, gdy założę coś bardziej obcisłego łapie mnie za cześć ciała która mi wystaje i się wyśmiewa. Ojciec ma nadwagę i chyba obawia się, ze będę wyglądała podobnie. Bardzo kontrolują to, co jem.

Patrzą mi w talerz, a ja wstydzę się jeść przy nich. Codziennie komentują, że jestem gruba. Mam wyrzuty sumienia, kiedy jem jakikolwiek posiłek (nawet obiad). Wstydzę się jeść przy znajomych. Mam wrażenie, ze każdy na mnie patrzy, ze taka osoba jak ja nie powinna sobie pozwalać na spożywanie czegoś słodkiego, albo np. kawałka pizzy.

Moja paranoja doszła do tego, że przeglądam się w każdym lustrze. Wszędzie widzę mankamenty mojej figury. Staram się ją chować pod oversizowymi ubraniami.  Jednocześnie studiuję i spędzam całe dni na uczelni (nierzadko niestety nie mam kiedy zjeść), więc gdy wieczorem próbuje zjeść coś o racjonalnej godzinie staje się adresatem niewybrednych komentarzy.

Chciałabym żebyś przekazała dziewczynom jakiś sposób, w jaki bronić się przed takim myśleniem. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się jeszcze odwrócić moje.

Jedno jest pewne – idzie mi dobrze na uczelni, płynnie mówię w dwóch językach, mam zupełnie miłą aparycję i nienajgorsze usposobienie.

A dla moich rodziców liczy się tylko to, że jestem gruba.

Chciałam się podzielić z wami wiadomością jaką dostałam od czytelniczki. Obok wiadomości znajdziesz moją odpowiedź. Częścią niej jest list do matki. Ten element jest moim osobistym wyznaniem. Może być dla was inspiracją, może też taki napiszecie. Kiedy emocje zostają nazwane i zrozumiane łatwiej się ich pozbyć.

Marry, nie ma znaczenia ile ważysz

Droga Marry, nadam ci takie imię bo od początku trzyma się mojej głowy.

Nie ma znaczenia ile ważysz, ważne jak się czujesz.

Twoja mama wpadła w sidła kultury, którą promują w mediach ponieważ uwierzyła, że tylko chude jest słuszne. A że sama nigdy nie miała problemu z wagą, nie rozumie co to znaczy. Wydaje się jej to takie proste. Ona nie wie inaczej. Prawdą jest, że twoja waga nigdy nie była zła. Nie pasowałaś do wizji swoich rodziców. Ale rodzice nie zawsze wiedzą najlepiej.

Może nigdy nie zrozumieją przez co przeszłaś. Nie czekaj na to.

Musisz być silna dla siebie i dbać o swoje ciało, bo ono będzie cię nosić przez całe życie. To, że media sprzedają wąskie biodra jako jedyne słuszne, nie znaczy wcale że mamy się tego słuchać. To zarobek dużej grupy ludzi z biznesu kultury diet. Każdy sprzedaje swój produkt, a ty jesteś potencjalnym klientem. Nie musisz kupować czegoś, co ci nie służy.

Możesz mieć żal do swoich rodziców, ale nie trzymaj go w sobie za długo. Bo zniszczy cię od środka jak robaki zjadają śliwki i czereśnie.

Bądź stanowcza i noś swoje ciało z dumą. Tyle przecież osiągnęłaś. Nie udałoby ci się to bez współpracy twojego ciała. Służyło ci przez tyle lat. Nie bój się zaakceptować, że jest inne niż rodzice ci zaprezentowali jako słuszne i pożądane. Za wszystko co udało ci się osiągnąć pogratuluj sobie. Zaufaj mi, nie chcesz przez następne 10 lat żyć w cieniu swoich niedoskonałości. Ja wiem, że da się poprawić wszystko. Ciało jest jak plastelina, da się je rzeźbić. Tylko czy taki jest sens życia?

Włącz jakaś muzykę która porusza twoje serce i zapomnij się na chwilę. A potem zapytaj siebie czy chcesz by życie upłynęło ci na walce z procentem tłuszczu pod skórą. Jak już sobie na to odpowiesz to wierzę że będzie ci lżej na duszy.

Mój list do matki

Droga mamo

Kiedy byłam dzieckiem, wierzyłam ci bezgranicznie. Kiedy mówiłaś że muszę schudnąć, wiedziałam że to prawda, bo byłaś najważniejszą osobą w moim życiu. Moim autorytetem. Poza tym inni też mówili że jestem za gruba. Skoro mnie przed nimi nie broniłaś, to znaczy że oni mieli rację.

Schudłam dla ciebie i dla nich. Dla siebie też. Nie potrafiłam tego więcej słuchać. Chciałam by wszyscy dali mi spokój. I wszystko się ułożyło. Wyglądałam jak inne dziewczęta w moim wieku.

Tylko że nie byłam jak one.

Nie nosiłam kanapek do szkoły, w ogóle mało jadłam. Strasznie trudno było mi się uczyć. Ale utrzymałam piątki, nie miałam wyjścia. Potem kiedy przytyłam bo zaczęłam jeść, obwiniałam tylko siebie. Moje ciało było całkowicie rozregulowane.

Po latach odchudzania i tycia zaczęłam się uczyć dietetyki, wiesz o tym, mówiłam ci. Już przed studiami podyplomowymi wiedziałam, że coś w tym wszystkim poszło nie tak.

Zaczęłam żałować że w ogóle zaczęłam się odchudzać.

Może wyrosłabym na zwykłą, zrównoważoną kobietę bez problemów z wagą? Wbrew temu co mówiłaś nie byłam otyła. Nie miałam nawet nadwagi przy swoim wzroście. Kiedy to rozumiałam zaczęłam obwiniać ciebie. Że mnie nie obroniłaś przed światem. Że nauczyłaś mnie nielubić swojego ciała i za wszelką cenę próbować go wyniszczać. Że kazałaś mi schudnąć ale mi w tym nie pomogłaś. Nie przeszkadzało ci że się głodziłam. Mogłaś być dumna z moich osiągnięć.

Wmówiłaś mi, kiedy byłam małym dzieckiem, że to moja wina że jestem gruba. Uwierzyłam ci, że nie powinnam mieć do ciebie pretensji w przyszłości. Pamiętam ten wieczór. Powiedziałam że jestem głodna. A ty powiedziałaś że owszem mogę coś zjeść ale żebym nie miała pózniej do ciebie pretensji w przyszłości.

Przez długie lata faktycznie nie miałam pretensji.

Wierzyłam, że masz rację. Ale pózniej dorosłam i zadałam sobie pytanie, kto karmił mnie smażonym chlebem, smażonymi ziemniakami i ziemniakami ze śmietaną? No przecież że nie ja sama. Do 14 roku życia nie gotowałam sobie obiadów. I wtedy zaczęłam być zła na ciebie. Miałam wielki żal, że tak się  stało, że moja głowa była zafiksowana na punkcie jedzenia. Że na przemian tyłam i chudłam i że jednocześnie panicznie bałam się jedzenia i je kochałam. Że straciłam tyle lat próbując być idealną i godną kochania. A że nie udawało mi się, ukrywałam się przed światem. Byłam zła, że wyszłam z kryjówki tak późno. Kiedy moi znajomi już dawno zaczęli normalne życie,

ale nie ja, bo tak strasznie się bałam.

Wiesz mamo, długo nie umiałam ci wybaczyć. Aż przyszedł taki dzień w którym już nie próbowałam tego robić. Zobaczyłam w tobie młodą dziewczynę uwięzioną w starym schorowanym ciele.

Wiem, że nikt nie uczył cię jak wychowywać dzieci. Wiem że nie miałaś książek parentingowych. Wszędzie mówiło się o odchudzaniu więc i ty mówiłaś. Pewnie do głowy ci nie przyszło, że najpierw może sama powinnaś schudnąć a dopiero później wymagać tego ode mnie. Pewnie chciałaś żeby mi było lepiej w życiu, a może nie chciałaś żeby inni mówili że masz grube dziecko?

Nie ważne, nie wiedziałaś lepiej.

Ja też nie wiem wszystkiego chociaż mam już trzydziestkę na karku. Byłaś ode mnie dużo starsza ale czym jest wiek? Datą w kalendarzu?

Kiedy jesteśmy w obcym mieście to ty jesteś pod moją opieką. Wiek to tylko liczba. Wiem, że żyłaś jak umiałaś i nie robiłaś mi na złość. Nie umiałaś inaczej.

Dzisiaj jestem silna. I chociaż nie mam takiej figury jaką byś sobie wymarzyła to nie mówisz mi już że muszę coś z tym zrobić. Nie mówisz, że mam grube łydki i tak dalej. A jeśli kiedyś spróbujesz, to ja powiem popatrz na swój brzuch. I rozmowa się skończy.

Nie jestem już na ciebie zła, ani smutna czy rozczarowana. Po prostu wiem, że żyłaś jak umiałaś. Ja też żyję jak umiem.

Moja waga, dieta, ćwiczenia nie rządzą już moim życiem. To moje życie rządzi moją wagą, dietą i ruchem i jest mi z tym dobrze.

Małgosia