Darzę szczerą nienawiścią wszystko co wiąże się z kulturą diet. Zaczynając od silnego nacisku na to by zdrowa dieta i sport były sensem życia kończąc na tym, że całe społeczeństwo ma fobię względem biologicznej różnorodności ciał.

Drażni mnie to, że demonizuje się jedzenie, które było podstawą naszej diety przez setki lat. W zamian za to wmawia się ludziom, że muszą jeść produkty które są nieraz bardzo drogie i często niewystarczające by zaspokoić głód. Nieraz też zwyczajnie niesmaczne. I to jest największą cnotą jeśli wystarczająco długo będę sobie odmawiać wszystkiego co lubię. A gdybym uległa to grzeszę. Powinnam jeść ziemniaki gotowane na parze bez masła albo najlepiej wcale ich nie jeść tylko wybrać ryż z kalafiora. Ja uwielbiam kalafior na równi z ryżem, ale nie chce by kalafior udawał że jest ryżem albo pizzą.

W ogóle to od miesięcy nie jadłam pizzy choć mam wielką na nią ochotę. I nie dlatego że jest zła, na jedzeniu intuicyjnym każde jedzenie jest dobre. Mi się marzy prawdziwa pizza na cienkim cieście z dobrej pizzerii a takiej w mojej okolicy nie ma. Czekam więc cierpliwie aż przyjdzie ten piękny dzień i taką sobie kupię.

Kultura diet straszy, że bez liczenia kalorii rzucimy się na jedzenie i nie będziemy potrafili oszacować ile jedzenia potrzebujemy. Bo człowiek nie ma takiej zdolności. To wielka bzdura. Liczenie kalorii to dość nowy zwyczaj i nigdy w historii nikt kalorii nie liczył. Doświadczenie z jedzeniem intuicyjnym pokazuje, że człowiek wcale nie chce się rzucać na całe jedzenie tego świata. Ot np. kiedy ostatnim razem jadłam obiad w fast foodzie planowałam w myślach ziemniaki tłuczone z mizerią z ogórków.

Jestem wściekła, że kiedyś doskonale wiedziałam kiedy i ile mam zjeść a przez kulturę diet całkowicie to straciłam i musiałam się na nowo tego uczyć. Jestem też zła dlatego, że nabawiłam się strachu przed jedzeniem. I z tego strachu zaczęłam pragnąć jak szalona rzeczy których nawet nie lubię. I jeszcze dlatego, że kultura diet zabroniła mi zaspokajać fizjologiczny głód i nakazała siłą woli ignorować ból, zmęczenie, rozdrażnienie, brak energii. Ja przez wiele lat myślałam, że jestem flegmatykiem bo nigdy nie mam energii a ja zwyczajnie byłam głodna. I ciągle cierpiałam na bóle głowy. Dzisiaj rozpiera mnie energia i nawet po migrenach nie ma śladu. Tylko ciiii nie chcę zapesza żeby już nie wracały.

Nienawidzę tego, że nie można robić nic spontanicznego w kwestii jedzenia i że to, czy schudłam liczy się bardziej niż jakiekolwiek moje osiągnięcie życiowe. Nie znoszę tego, że jedzenie staje się centrum uwagi i zaprząta wszystkie myśli. W ogóle jak to możliwe że wartość kobiety sprowadzono do wyglądu jej ciała. Kultura diet dba o to byśmy mieli coraz więcej kompleksów, szuka w nas niedoskonałości a jeśli nie znajdzie to je sobie stworzy wraz z nowym produktem, który je w magiczny sposób usuwa. Jeśli kobieta nie pasuje do uznanego społecznie kanonu piękna przypomina się jej na każdym kroku, że jest do niczego.

Inność jest wręcz chorobą. Wszyscy bądźmy klonami. Piękne kobiety boją się wyjść z domu bo nie czują się dość dobre. Kobiety z wielkimi sukcesami w życiu zawodowym czują się niewiele warte w życiu prywatnym bo odchudzanie im nie idzie. A ile kobiet boi się realizować swoje plany i marzenia bo czeka na moment kiedy będą odpowiednio wyglądać? I tyle dzieci i młodych ludzi nie widzi jaki świat jest piękny i że naprawdę warto żyć, bo wmawia się im kompleksy. Sama po sobie wiem ile okazji w życiu przegapiłam bo kultura diet mnie pochłonęła.

W głębi serca jestem szalona i romantyczna ale zostałam utemperowana w młodości. W swoich marzeniach tańczę tango argentino na ulicy. O 2 w nocy ubrana w piżamę jadę po kawę na stację benzynową i gadam do rana o dalekich podróżach z najlepszym przyjacielem przy pizzy.
Tylko w marzeniach bo nauczono mnie by się nie wygłupiać. Zawsze odmawiałam tańca bo słonie nie tańczą. A mama zawsze powtarzała mi, że jestem jak takie słoniątko. Ale postanowiłam, że nie będę trybikiem naszej kultury. Będę się wygłupiać wbrew każdemu i nie będę mocą silnej woli ignorować moich biologicznych potrzeb. Będę sobą. Co w dzisiejszych czasach jest aktem rebelii.

Smuci mnie, że zdrowie sprowadza się do diet. Przekonuje się ludzi, że kluczem do dobrego życia jest zdrowa dieta. Ach żeby to było takie proste. Wystarczyłoby zostać weganinem i się suplementować by wszyscy wyleczyli się z raka i chorób cywilizacyjnych. Ale jedzenie nie jest cudownym lekiem. Jest tylko elementem stylu życia, jednym z wielu czynników wpływających na zdrowie. Pisałam o tym tutaj:

Strasznie mnie to przygnębia, że ludzie w imię zdrowia rezygnują z ważnych rzeczy bo święcie wierzą że tak trzeba. Żyją w stresie i strachu. Ciągle za czymś tęskniąc. W efekcie mamy pokolenie ludzi, którzy izolują się społecznie w imię zdrowia. Gotują w samotności swoje eko obiady by mieć pewność, że dożyją setki. Przykro mi, to nie wystarczy.

Nie chcę już być trybikiem diet. Wiem, że to wielki i silny biznes. Nawet nie mam zamiaru z nim walczyć. Mówię szczerze. Nie jestem taka silna. Ale chcę pokazać ludziom, że mają wybór i mogą się z tego wypisać. Taka oddolna akcja go osłabi. Bo jeśli odpowiednia ilość ludzi powie nie, przeciwstawi się i pokaże innym że można żyć inaczej to wszystko zacznie się zmieniać.

czytaj również:

Poznaj EBOOK, z którego nauczysz się wszystkiego czego potrzebujesz wiedzieć o głodzie i sytości – klik