O niedzielnej chandrze, zajadaniu uczuć i bólu egzystencjonalnym

niedzielna chandra

Niedzielna chandra, co by tu zjeść?

Niedzielną chandrę mam od dziecka. Wywodzi się ona z samotnych niedzielnych popołudni, w które strasznie chciało mi się zjeść coś pysznego, albo… spotkać z kimś, zrobić coś. Jutro znów miał być poniedziałek. Jednak nic miłego się nigdy nie przytrafiało.

Wszystkie koleżanki spędzały ten czas z rodziną, a moja nie miała zwyczaju spotykania się z innymi. Niedzielnego ciasta i wspólnego siedzenia przy stole również nie było. Dlatego też kiedy dorosłam i mogłam zacząć sama robić zakupy i gotować, zaczęłam leczyć chandrę w kuchni. Ciasto, jedzenie, kakao, budyń. Cokolwiek! Z pełnym żołądkiem albo z odpowiednią dawką cukru – bolało trochę mniej. Zapominałam na chwilę o chandrze. Dopóki czegoś nie zjadłam, snułam się po domu, szukając czegoś, próbując zrobić coś ciekawego.

Chandra – taki stan kiedy człowiek snuje się bez celu, nie wie co ze sobą zrobić, rozdziera go od środka taki ból, który określiłabym bólem egzystencjonalnym.

Ta sama chandra towarzyszy mi do dziś. Szczególnie gdy niedzielnym popołudniem, pogoda jest deszczowa. Nie zrozum mnie źle, a bardzo lubię deszcz ale od poniedziałku do soboty. Ten, który przychodzi w niedzielę po południu to już zbyt dużo. Czuję wtedy taki ucisk gdzieś pomiędzy sercem i żołądkiem.

Czy jest gdzieś coś do jedzenia? Może likier kawowy? Co zrobić z tym bólem? Gdyby ktoś mnie pokochał, gdyby narzeczony ze mną coś zrobił, gdyby mężowi chciało się gdzieś ze mną wyjść! Wyszliśmy. Czemu nadal boli? To przez to, że nie kupiliśmy kawy i ciastka na mieście, wtedy by nie bolało.

Długo tę chandrę zajadałam. Zależnie od etapu w życiu czymś innym. Czasami deserem w wersji fit, innym razem keto bądź paleo, albo bezglutenowym i bezjajecznym. Albo najtańszym byle słodkim kiedy nie było pieniędzy. Cokolwiek. Zawsze zjadałam potem zbyt dużo, bo po pierwsze, nie było to satysfakcjonujące w smaku, a po drugie to wewnętrzne pragnienie nie było związane z jedzeniem. To nie jedzenia potrzebowałam. Tylko długo nie umiałam tego zrozumieć.

Ta chandra dopadła mnie w zeszłą niedzielę. Jednak nauczona doświadczeniem nie piekłam już ciasta. Przecież zjadłam pyszny obiad. Nie trzeba mi całej blachy placka, garnka budyniu ani nic w tym stylu. Kupiłam natomiast gorącą czekoladę i zabrałam się do pisania. Gorący kakaowy napój genialnie wpłynął na mój mózg a pisanie odciągnęło moje myśli od smutku, który mnie ogarnął.

Jest coś więcej. Od pewnego czasu jedzenie nie jest w stanie poprawić mi humoru. Nie zapominam o uczuciach ani na chwilę dzięki porcji brownie. Chipsy nie rozładowują złości. Jedzenie nie daje już komfortu otępiania emocji. To pewna strata, jaką przynosi jedzenie intuicyjne. Jedzenie przestaje być pocieszycielem. Ale czy mnie to w jakiś sposób smuci? Nie. Nauczyłam się żyć z tym, że uczucia są, zawsze będą i nie da się od nich uciec.

Niedzielna chandra to poczucie tęsknoty. Wewnętrzny ból, którego nie można zjeść. A ja zawsze próbowałam zabić go jedzeniem. W moim życiu nie było nigdy silnych przejawów jedzenia pod wpływem emocji. Owszem jadłam z nudów, ze złości chciało mi się czekolady. Jednak tylko niedzielna chandra powodowała u mnie chęć na jedzenie. Tak silną chęć, że chciało mi się piec ciasto i zjeść go tak dużo by czuć się ciężko i źle. A uczucia nadal pozostawały.

Staram się dzisiaj zaprzyjaźniać z tym bólem. Zrozumieć po co on jest. Skąd się bierze. Wydaje mi się że już to wiem. Doszłam do wniosku, że on jest częścią mnie. Nigdy nie zniknie. Ja go potrzebuję by iść do przodu. Gdyby zniknął nie byłabym sobą. Ten ból pcha mnie do działania. Dzięki niemu nie stoję w miejscu.

Przez wiele lat nie umiałam zdefiniować tego mojego nielubienia niedziel. Dopiero pisząc te słowa (po 3 tygodniach od powstania tekstu) sprawdziłam w Internecie czy inni ludzie też czują to, co ja. Jakie było moje zaskoczenie, gdy zobaczyłam, że owszem, bardzo wielu!

„Niedzielna depresja”, czasami określana jako „niedzielny blues”, to uczucie smutku, beznadziejności lub niezadowolenia, o których wielu mówi w niedzielę (często wieczorami).

Przecież to dokładnie to, co czułam zawsze ja. Okazuje się, że jest to syndrom Sunday Blues – niedzielny lęk, który jest typowy dla ludzi z krajów rozwiniętych, dopada społeczeństwo w każdą niedziele około godziny 16:00. A więc kolejny raz dowiaduję się, że nie jestem sama z moją samotnością i lękami. Kiedy wchodziłam do mediów społecznościowych wydawało mi się, że jestem tak strasznie samotna z tym wszystkim, co przeżywam. Każdego dnia dowiaduję się, że nie jestem. Problem w tym, że żyjemy w świecie, gdzie wszyscy cierpimy z samotności, zmagamy się z lękami i bólem, tylko że jakoś tak nie umiemy się tym dzielić.

P.S.

Kilka lat temu stworzyłam w moim mieście lek na chandrę. Ja, zatwardziały introwertyk, zbierałam grupy samotnych ludzi i wszyscy zapominali o chandrze. Kiedyś Wam o tym opowiem.