Pamiętam ten dzień jak by to było wczoraj. Jestem w pięknym obcym kraju. Na każdym rogu z jakiejś lokalnej knajpki wydobywa się aromat wyjątkowo pysznego jedzenia. Wystarczy wyjść z domu i przestąpić próg jednej z restauracji. Nie jest drogo. Idąc z paczką znajomych jest jeszcze taniej. Zresztą pracuję, mogę sobie pozwolić na coś miłego. No właśnie. Czy mogę? Wtedy wydawało mi się że nie.

Ale teraz, po latach, kiedy siedzę przed komputerem i wspominam, zadaję sobie pytanie:

Czy naprawdę ktoś kiedykolwiek powiedział:

– „Ach tak strasznie żałuję, że będąc w tej mojej wymarzonej podróży zjadłam zbyt dużo lokalnego jedzenia i nie schudłam!”

Szczerze w to wątpię. Jest raczej odwrotnie. Człowiek siedzi i myśli, dlaczego był taki głupi i zamiast korzystać z cudownej, niepowtarzalnej chwili – był na diecie.

Widzisz, o podróży do Turcji marzyłam od dawna. Wyobrażałam sobie jak to będzie być tam, żyć w tej kulturze. A potem, kiedy udało mi się już znaleźć sposób na spędzenie tam roku, ja byłam na diecie. Nie robię sobie wyrzutów w stylu – głupia byłaś. To nie tak, że sobie sama ubzdurałam dietę. Faktem było, że na diecie byłam stale od 13 roku życia. Doszła do tego presja najbliższego otoczenia by schudnąć, do tego osoby z otoczenia które stale patrzyły w talerz i oceniały. No i stało się. Ten żal niewykorzystanej szansy.

Wyobraź sobie, że przechodzisz każdego dnia obok restauracji w której ludzie na okrągło siedzą całymi grupami przy stołach zastawionych masą pysznie wyglądającego jedzenia. Wiesz, że ono smakuje jeszcze lepiej niż wygląda. Obiecujesz sobie, że kiedyś… kiedyś i ty tam wejdziesz. Ale mija rok i już siedzisz w taksówce, która wiezie cię na lotnisko. Wiesz, że o ile nie wrócisz tu kiedyś na własną rękę to twoje małe marzenie przepadnie na zawsze.

Pamiętam jak wracałam z pracy. Po przejściu kilku kilometrów siadałam na swoim łóżku, robiłam sobie kawę i odpalałam YouTube. Przez godzinę lub dwie oglądałam motywacyjne filmy o odchudzaniu. Trzeba się było przecież upewnić, że ten post przerywany ma sens i jak on się już skończy to znów będę super laską, której figurę wszyscy będą komplementować. Upewniałam się tak przed tym komputerem, czekając aż wybije godzina jedzenia. A kiedy nadszedł czas krótkiego okna żywieniowego, trzeba było zjeść dość sporo w krótkim czasie. Potem nadchodziła pora posiłku i tak kończył się dzień. Bo przecież z przepełnionym żołądkiem już się tak dobrze nie działa, no i wiadomo, lepiej nie wychodzić i nie spotykać się z ludźmi żeby nic nie kusiło.

I tak ja, bardzo naiwna, męczyłam się od rana do popołudnia pracując i będąc aktywną fizycznie. Zamiast zjeść regenerujący posiłek, wyjść z ekipą i cieszyć się nieznanym miastem, ja czekałam. Czekałam, aż będę gotowa na to by jeść i wychodzić. Możesz się domyślić, że ta gotowość nie nadeszła.

Dzisiaj nie żałuję tych kilogramów których wtedy nie udało mi się zrzucić. Żałuję natomiast wszystkich restauracji których nie odwiedziłam, ludzi których nie poznałam, miejsc których nie zobaczyłam. I czuję ten żal szczególnie dzisiaj gdy narodowa kwarantanna trwa w najlepsze i ja tak bardzo tęsknię za ludźmi. Wiem, że już nigdy więcej mi się nie zdarzy rezygnacja z życia tylko po to, by najpierw przejść dietę i przygotować ciało. Jednak wspomnień które przeszły mi koło nosa już nie odzyskam.

Mówią, że nigdy nie jest na nic za późno. Ja jednak uważam że w pewnym sensie jest. To, co odkładasz na nie będzie takie samo na różnych etapach życia. Będzie inne. To, czego nie przeżyłam nie przydarzy się w takiej samej formie jak mogło się zdarzyć gdy miałam dwadzieścia kilka lat. Będzie inaczej.

Straconych lat nie można nadrobić. Można jedynie zatroszczyć się o to, by nie przegapić tych nadchodzących chwil. Zadbajmy o to, by już nam nic nie uciekało w oczekiwaniu na uzyskanie „odpowiedniego ciała”.

zrozumieć głód